Coraz więcej uczelni na świecie udostępnia treść swoich kursów e-learningowych bezpłatnie. Najlepiej znanymi przykładami są MIT OpenCourseWare, niedawna inicjatywa brytyjskiego Open University o nazwie OpenLearn, filmy z wykładami z kalifornijskiego uniwersytetu Berkeley, czy Open Learning Initiative uniwersytetu Carnegie Mellon.
Każda taka inicjatywa pokazuje dobitnie, że w e-learningu, podobnie jak w tradycyjnej edukacji, nauczanie to coś więcej niż tylko dostarczanie treści. Jeszcze całkiem niedawno można było usłyszeć głosy, że w e-learningu “content is king”. Podejście takie znajdowało swoje odzwierciedlenie w fakcie, że bardzo duży nacisk kładziony był na tworzenie treści kursów e-learningowych, najlepiej w formie tzw. “learning objects”, katalogowanie ich, opisywanie za pomocą skomplikowanych systemów metadanych, oraz opracowywanie metod ochrony tych treści przed nieautoryzowanym dostępem i powielaniem. Obecnie coraz częściej jednak zdajemy sobie sprawę z ograniczeń takiego podejścia do e-learningu. Przede wszystkim, musimy pamiętać, że wprawdzie treści nauczania bezsprzecznie są ważne, to jednak istotą edukacji w ogóle, a więc również e-learningu, jest “intelektualna obróbka” tych treści, najlepiej odbywająca się w ramach interakcji z innymi studentami i z wykładowcą. I prawdopodobnie dlatego właśnie instytucje takie, jak MIT, Open University, Berkeley, czy Carnegie Mellon, nie obawiają się, że udostępniając swoje materiały dydaktyczne bezpłatnie całemu światu, stracą potencjalnych studentów.
Chcesz być powiadomiony, kiedy na witrynie Edukacja-Online.pl pojawi się coś nowego? 


Po nitce do kłębka, jako (współ)użytkownik “delicji” trafiłem na Twój portal. Zgadzam się, e-Learning to coś znacznie więcej niż treść, ale… e-Learning to także nie “nauczanie”. Sądzę, że zgodzisz się, że e-Learning to suma e-Kontentu i e-Kontaktu. Z tym drugim, co pokazuje mi praktyka “realu” na uczelni nie jest najlepiej. Mamy studentów z więcej niż 120 punktami na 200, czyli dobrych. Mimo zachęt trudno o interakcję z nimi, a ich wzajemna komunikacja jest symboliczna.
Zawód nauczyciela, jako tego co przekazuje wiedzę i naucza chyba wymiera. Jak sam napisałeś wiedza, nawet z tej najwyższej półki jest w sieci! Moją rolą jest motywować, pomagać a potem… kontrolować wiedzę i certyfikować. Tematem na zupełnie inne opowiadanie jest pytanie, czy jesteśmy mentalnie i emocjonalnie gotowi korzystać z “obcych” materiałów.
Witaj Robert,
Dziękuję Ci za ten komentarz. Chociaż taki krótki, to jednak poruszyłeś w nim kilka ważnych kwestii. Odpowiem na raty, najpierw kwestia, czy “e-Learning to suma e-Kontentu i e-Kontaktu”
Tak, zgadzam się z tym, że treść jest ważna, zresztą nie było moją intencją sprowadzanie edukacji (e-, czy nie e-) do tylko i wyłącznie interakcji. Bo przecież te interakcje odbywają się w oparciu o treści, które służą jako punkt wyjścia. Żadne z nich w izolacji nie jest nauczaniem, dopiero razem. Zdarzają się wprawdzie kursy, które są opisywane jako “content-less”, “bez-treściowe”, ale tak naprawdę nie są one pozbawione treści w ogóle. Po prostu ta treść nie jest przygotowywana przez nauczyciela przed rozpoczęciem kursu, studenci sami ją wyszukują, korzystając z dowolnych źródeł. Tak więc w takich kursach zmienia się niejako kierunek relacji między treścią a interakcją. Zamiast interakcji opartej o podaną treść mamy interakcję, która powoduje wyszukiwanie treści, która z kolei jest podstawą do dalszej interakcji. Trochę się rozpisałem, ale można to podsumować krótko: zgadzam się z Tobą, że w nauczaniu potrzebne są oba składniki.
Przemku!
Sezon kolokwiów dla 243 studentów i konferencja w Krakowie spowodowały, że odpowiadam z opóźnieniem. Temat podobny do pytania, czy LMS zabija e-Learning. Sądzę, że problem tkwi w różnicy learning teaching. e-Learning “po polsku” to e-nauczanie! A przecież to nie o to chodzi! Sieci i informacja w nich zawarta ma pomóc w uczeniu się! Uczelnie mają specyficzną sytuację – mamy minima programowe, które narzucają dosyć precyzyjnie zakres omawianych zagadnień i określają kompetencje i umiejętności. Uczelnia certyfikuje i nie zawsze może sobie pozwolić na zbyt dużo swobody. W pewnych ramach można jednak wyjść od problemu i poszukiwania jego rozwiązania zamiast przekazać wiedzę. Zrobiłem w jednej z grup taki eksperyment z grafiką rastrową. Postawiłem problem i kazałem googlać. (Były to oczywiście zajęcia na realu, ale podobny schemat może dotyczyć e-)
Zgadza się, uczelnie mają minima programowe i muszą się ich trzymać, a wykładowcy muszą przekazywać wiedzę lub pomagać w jej zdobywaniu, następnie kontrolować stopień jej opanowania. Na samym końcu tego procesu otrzymujemy “produkt”, czyli certyfikowanego specjalistę z danej dziedziny.
Cóż, coraz częściej zatanawiam się, czy ten model jest wciąż adekwatny do czasów, w których żyjemy. W wielu dziedzinach postęp wiedzy jest w tej chwili tak szybki, że ten student, który po paru latach studiów został magistrem, czyli “certyfikowanym specjalistą”, tak naprawdę pozostaje kompetentnym specjalistą przez bardzo krótki czas. Zależnie od dziedziny może to być kilka lat,ale równie dobrze kilka miesięcy.
Zgadzam się z Tobą, że zawód nauczyciela w takiej formie, jak go znamy obecnie, chyba wymiera. Pewnie nie wymiera całkiem, ale drastycznie się zmienia. Natomiast zastanawiam się, czy te zmiany nie są przypadkiem głębsze, niż to, co wymieniłeś. Napisałeś, że rolą nauczyciela nie jest już dostarczanie wiedzy, ale nadal powinien on kontrolować wiedzę i certyfikować. Jaki jest sens kontroli, czy student posiada wiedzę, która się zdezaktualizuje za pół roku? Ważniejsze chyba jest, żeby studenta przyzwyczaić do ciągłego zdobywania i aktualizowania wiedzy, selekcjonowania i weryfikowania jej, krytycznego patrzenia na źródła informacji i na samą informację. Pozostaje pytanie, czy my, nauczyciele, potrafimy tak pracować ze studentami, czy potrafimy przyznać się do tego, że czegoś nie wiemy, czy potrafimy wyjść z utrwalonego w nas schematu, że wiedzę się zdobywa, a zdobywszy, posiada…